FRAGMENT


Jak zwykle szykowałem się do szkoły, nie spodziewając się niczego szczególnego po tym dniu. Na koszulę — odkąd pamiętam była na mnie za duża — wciągnąłem tunikę w kolorze wełny, zamiast pasa zacisnąłem zwykły rzemień, a na stopy wsunąłem sandały na cienkim korku, które nie przydawały mi ani powagi, ani wzrostu.

Szkoła znajdowała się w starej dzielnicy żydowskiej, a nasz dom w nowej, przeszedłem więc dzielący obie części  trakt el Coso i minąwszy główną bramę, la Ferriza, znalazłem się w pradawnej części żydowskiej aljamy, zamkniętej murami z rozkazu króla dawno temu, tak dawno, że nie żył już nikt w Saragossie, kto pamiętałby czasy otwartego miasta. Panowały tu ciasnota i zaduch; ulice układały się w nieładzie, placyki mające dawać wytchnienie w tym budowlanym natłoku były zbyt małe, domy wpychały się jeden w drugi, każdy łokieć ziemi, czy wystający kamień z niestarannie ułożonego ogrodzenia był tu wystarczającym pretekstem do sąsiedzkich kłótni.

Doszedłem do Castillo, czyli wznoszącego się nieopodal głównej bramy zamku — żydowskiego schronienia podczas zamieszek, a więzienia, rzeźni i synagogi w czasach spokojnych. Skręciłem w lewo w calle de la Carnicería, czyli ulicę Rzeźniczą (tak ją nazywano, bo wychodziła wprost na zamkową rzeźnię), by przeciskając się między przechodniami i ceglanymi fasadami niewielkich domów skręcić w ulicę de la Argentería, czyli Jubilerską, bo upodobali ją sobie wytwórcy srebrnych precjozów. Tędy dochodziło się do niewielkiego placu z główną synagogą miasta, targiem mięsnym i szkołą talmudyczną, w której uczyłem się już od sześciu lat.

Calle de la Argentería była najwęższą ulicą żydowskiej dzielnicy. Starsi chłopcy, gdy wyciągnęli ramiona, mogli przejść ją całą, dotykając czubkami palców przeciwległych fasad domów. Dzieciom się to nie udawało, tak więc wszyscy co jakiś czas poddawaliśmy się tu próbie dorosłości. Z mojej grupy tylko trzej chłopcy ją zaliczyli: Jacob, Abram i Izaak. Nic dziwnego, byli najstarsi. Wszyscy trzej mnie prześladowali. To przez nich lata szkoły wspominam z goryczą.

Jacob i Abram to bliźniacy zrodzeni z handlarki mięsem i saragoskiego wytwórcy łapci. W szkole często się z nich śmiano, bo wokół ich domu, położonego niedaleko szkoły, zawsze cuchnęło bydlęcymi skórami, które łapciarz suszył przy domu. Gdy smród przybierał na sile, dzieci w szkole na widok Jacob i Abrama ostentacyjnie zatykały nosy. A ci brali wówczas odwet na mnie, bo miałem niepewne pochodzenie i nie umiałem się bronić.

Izaak z kolei uchodził za najsilniejszego w całej szkole; wyrósł na olbrzyma, bo jadał dużo i dobrze — jego ojciec handlował mięsem i pełnił funkcję oficjalnego rzezaka saragoskiej gminy.

Wszyscy trzej pochodzili z niższych warstw żydowskiej społeczności i trzymali ze sobą. Ja natomiast od śmierci matki mieszkałem w domu wuja, Salomona Abnarrabíego, jednego z najzamożniejszych i najbardziej wpływowych Żydów Saragossy.

Gdy mijałem kilka ustawionych koło siebie nędznych straganów, z bocznej uliczki prowadzącej do domu łapciarza uderzył mnie wyjątkowo dziś napastliwy smród wyprawianych skór. W szkole wszyscy, którzy szli z tego samego kierunku, gdy tylko zobaczyli Jacoba i Abrama, chwytali się za nosy. Rozpadało się. Jeden z chłopców poślizgnął się na mokrym progu i wolał się potłuc niż odjąć rękę od twarzy. Roześmiałem się na ten widok i również zatkałem nos. Gdy Abram to zobaczył, natychmiast podszedł i uderzył mnie łokciem w brzuch.

— Dziś umrzesz ze śmiechu, brudasie!

Pod koniec lekcji znów zaczęło padać. Po szkole zamiast wymierzyć mi zwykłe kuksańce, czego się spodziewałem, trzej oprawcy wzięli mnie pod ramiona i zawlekli do małej szopy, gdzie w deszczową pogodę ojciec Jacoba i Abrama chował świeże skóry przeznaczone do suszenia. Tam cisnęli mnie na ziemię.

W szopie stało kilkadziesiąt drewnianych ram z rozpiętymi na krzyż baranimi skórami. Niektóre ruszały się od robaków. Smród odjął mi oddech. Huczało od much.

Jacob trzymał drzwi otwarte na oścież, żeby było cokolwiek widać. Abram pochylił się nade mną. Prawą ręką trzymał mnie za tunikę pod szyją, a lewą wycelował w środek szopy, wrzeszcząc mi w twarz:

— Patrz, jak skończysz! Zedrzemy z ciebie skórę, jak z tych baranów, padalcu. Śmierdziało ci? To sobie tu posiedzisz, aż skruszejesz.

Najbardziej bałem się Izaaka. Jacob i Abram częściej mi dokuczali, ale Izaak potrafił mocniej bić. Teraz on pochylił się nade mną

— Zanim ci zedrą skórę — sapał  — powisisz za nogi… przyjdę wieczorem i poderżnę ci gardło, żebyś odciekł, a rano sprzedam mięso gojom. Często u nas kupują. Chciało się mamusi parzyć z gojem? To ty też do nich trafisz… po kawałku.  

Podniósł mnie z ziemi i pchnął na ścianę. Uderzyłem tyłem głowy i prawie straciłem przytomność. Słyszałem, jak zamykają za sobą ciężkie drzwi na skobel. W całkowitej ciemności bzyczenie much stało się jeszcze bardziej dokuczliwe. Dusiłem się od smrodu, szopa była szczelna, nie miała okien. Siedziałem oparty o ścianę, bojąc się ruszyć z miejsca, by nie wpaść na rozwarte jak do uścisku baranie skóry.

Po wielu godzinach szum deszczu ustał  i wąski snop słonecznego światła przebił dach, rozświetlił w swym wnętrzu gęste od pyłu powietrze i zatrzymał się na stole. Muchy zaczęły się pchać do tej jasnej plamy, by ogrzać tłuste cielska. Zapadałem w drzemkę, albo traciłem przytomność. W majakach między snem a jawą widziałem moich oprawców jak wieszali mnie u powały. Chwilami odzyskiwałem przytomność umysłu, otwierałem oczy. Słoneczna plama powoli jak ślimak przesuwała się po stole. Gdy za którymś razem na nią spojrzałem, ukazał się w niej kawałek drewnianej rękojeści. Potem już bez ruchu, nie zważając na muchy wpychające mi się do oczu i ust, śledziłem wzrokiem żółty krąg, jak powoli sunął po szerokim nożu, aż ześlizgnął się z czubka ostrza i zgasł. Po chwili znów usłyszałem krople deszczu bijące o dach.

Musiało minąćsporo czasu. Aaron oprzytomniał na hałas gwałtownie rozwartych drzwi. Zobaczył w nich Izaaka.

Szopa rozjaśniała na chwilę, a ukrzyżowane skóry wychynęły z ciemności. Izaak, gdy dojrzał chłopca, puścił drzwi i te zamknęły się z łoskotem, znów pogrążając wnętrze w ciemności. Szedł powoli w jego stronę, potykając się o ramy. Hałas i gwałtowny napływ świeżego powietrza rozbudził roje much, które znów rozpętały wściekły jazgot, zagłuszając kroki; uderzały po twarzy, szyi, rękach, jak targany wiatrem suchy deszcz. Aaron wstał i ostrożnie podszedł do stołu. Bardziej w wyobraźni niż oczami zobaczył, jak Izaak nachyla się nad miejscem, gdzie przed chwilą siedział. Oprawca wyciągnął rękę i natrafił na pustkę. Aaron stanął tuż za nim, widział zarys jego postaci. Izaak wyprostował się i powoli, niepewnie obracał głowę w jedną i drugą stronę, starając się coś dostrzec w mroku. Aaron uniosł nóż. Gdy Izaak gwałtownie się odwrócił, Aaron uderzył na odlew. Ciepła krew zalała mu oczy, a lawina much zwabiona jej słodkim zapachem runęła na niego i przydusiła jak zarzucony na głowę koc.

 

***

 

Znalazł nas ojciec Jacoba i Abrama, właściciel garbarni. Izaak miał rozcięte gardło, ja leżałem nieprzytomny obok. Krew nie zdążyła jeszcze wsiąknąć w ziemię. Obok ciała Izaaka znaleziono ciężki nóż do skórowania.

Miałem wówczas czternaście lat. Sprawę oddano pod osąd merina. Groziła mi albo grzywna za nieumyślne zadanie śmierci albo szubienica za morderstwo. Werdykt zależał od sędziego i od nacisków, jakim zostanie poddany. Sprawa ciągnęła się kilka miesięcy. Abram i Jacob ze łzami w oczach zeznali, że zamknęli mnie w szopie dla żartu, nie zamierzali zrobić mi krzywdy. W sądzie królewskim, dzięki autorytetowi mojego wuja, uznano, że zabiłem Izaaka nieumyślnie. Wieszanie wyrostka nic by królowi nie dało, a tak Salomon Abnarrabí wpłacił do jego kasy pięćset florenów kary przewidzianej prawem w takich przypadkach. Uratowało mnie też to, że widziano w okolicy szajkę złodziei. Sędzia musiał brać pod uwagę, że to oni mogli zakraść się do szopy.

Nigdy nie przyznałem się, że wziąłem nóż do ręki. Ani przed sobą, ani przed światem.

Zostałem przeniesiony do szkoły w nowej dzielnicy żydowskiej.

Na skutek tego tragicznego wypadku i poruszenia, jaki wywołał w całej żydowskiej Saragossie, mój wuj zdecydował po roku, że nie będę kontynuował nauki (mimo iż magid, nauczyciel, przepowiadał mi karierę rabina), i postanowił znaleźć dla mnie jakiś warsztat, gdzie mógłbym przyuczyć się do zawodu. Jedynym Żydem, który zgodził się mnie przyjąć, był Abraham Abencanyas, przyjaciel domu, wielki kupiec i najlepszy tkacz w Saragossie.